Wywiad z położną Anną Nowak-Dudą, autorką internetowego kursu Szkoły Rodzenia

Anna Nowak-Duda - położna, a prywatnie żona i mama. Pracowała jako położna rodzinna oraz przygotowywała rodziców na poród i opiekę nad noworodkiem w szkole rodzenia. Obecnie pracuje na oddziale neonatologii w poznańskim szpitalu. Jest autorką internetowego kursu szkoły rodzenia. W wolnej chwili pisze artykuły pomagając przyszłym i obecnym rodzicom przejść przez poród, połóg, karmienie i opiekę nad noworodkiem.

Kurs Szkoły Rodzenia z Anną Nowak-Dudą
Dołącz do 1323 zadowolonych Mam. Pokonaj strach i niewiedzę. Poczuj się pewna i przygotowana. Gwarancja satysfakcji!

Aniu, skąd wziął się u Ciebie pomysł na Twoją karierę? Czy od czasu podjęcia decyzji “gdzie pójść na studia” wiedziałaś od razu, że będzie to położnictwo?

Szczerze mówiąc mój wybór nie był taki oczywisty od samego początku. W liceum uczyłam się w klasie o profilu biologiczno-chemicznym, gdyż wiedziałam, że na pewno chcę coś robić w kierunku medycyny. Od samego początku należałam do kółka pierwszej pomocy Polskiego Czerwonego Krzyża i już wtedy robiłam pierwsze kursy z pierwszej pomocy. Obstawiałam z koleżankami mecze, imprezy masowe jako pierwsza pomoc przedmedyczna. Na maturze zdecydowałam się zdawać rozszerzoną biologię oraz chemię. Na początku celowałam bardziej w medycynę, ale po napisaniu matury wiedziałam, że pewnie na ten kierunek punktów troszkę mi braknie. Dlatego brałam pod uwagę ratownictwo medyczne, kosmetologię no i w końcu położnictwo. Do położnictwa bardzo namawiała mnie mama, gdyż kiedyś również pracowała w tym zawodzie. Tak bardzo “nakręciła mnie” na ten kierunek, że w końcu po naborach od razu zdecydowałam się właśnie na to! Nie ukrywam, że moim cichym marzeniem była też praca w wojsku, gdyż mój tato i brat są żołnierzami, ale wtedy musiałabym wybrać pielęgniarstwo, a to nie do końca czułam. Mimo, iż niektórzy myślą, że to bardzo podobne zawody. Otóż specyfika jednej i drugiej pracy nieco się od siebie różnią.


Co po studiach? Jak wyglądała Twoja kariera zawodowa?

Ohhh mogłabym tutaj mówić i mówić. Postaram się to ubrać w słowa w miarę krótko. Już po studiach licencjackich chciałam zacząć pracę jako położna w szpitalu, najlepiej na sali porodowej, a w międzyczasie robić studia magisterskie. Niestety nie od razu się to udało, gdyż w tamtych latach bardzo trudno było dostać pracę w szpitalu. Średnio dwa razy w tygodniu odwiedzałam szpitale z pytaniem o pracę. Pracy nie było, więc zaczynałam jako położna, ale w żłobku. Opiekując się dziećmi od 6 miesiąca życia. Praca inna, ale bardzo ciekawa, ucząca cierpliwości i empatii. Bardzo ją lubiłam, mimo iż łapałam każdą grypę żołądkowo-jelitową, która tylko pojawiała się w grupie i przechodziłam ją gorzej, niż nasze maluszki. Tak bardzo polubiłam tę pracę, że w żłobku (tym samym) pracuję do dziś :)

Po 9 miesiącach nadszedł dzień, gdy naczelna szpitala przy mojej kolejnej wizycie z rzędu powiedziała: “mam dla Pani pracę”! Moje oczy zaświeciły się wtedy jak dwa księżyce! Miałam do wyboru pracę jako instrumentariuszka, albo na intensywnej opiece noworodka na neonatologii. Troszkę nie do końca byłam zadowolona, gdyż zawsze marzyła mi się praca na sali porodowej, ale stwierdziłam że nie mogę teraz odmówić bo kolejna szansa może się nie trafić przez kolejny rok. Lubię wyzwania, więc wybrałam pracę na intensywnych noworodkach, mimo iż wszyscy wokół straszyli mnie, że jest bardzo ciężko, praca z respiratorami, w podwyższonej temperaturze, stresie itd. itd. Tym samym zaczęłam pracę, która okazała się moim drugim życiem…

W międzyczasie kończyłam drugi rok studiów magisterskich w systemie dziennym. Musiałam jakoś połączyć pracę w szpitalu z zajęciami na studiach. Ciężko było dostosować grafik, ale jakoś się udało. Po roku pracy, gdy już poczułam się pewnie, okazało się, że zostanę mamą. Niestety ze względu na trudne warunki pracy, 12h dyżury i nocki, musiałam od razu iść na zwolnienie lekarskie. Bardzo szybko zleciało mi 9 miesięcy ciąży i następnie urlop macierzyński. Gdy mój synek miał 11 miesięcy, ja musiałam wrócić już do pracy. Ze względu na brak rodziców w bliskiej odległości od siebie, nie mogłam pozwolić sobie na powrót do szpitala… i tak zostałam położną rodzinną oraz prowadziłam zajęcia w szkole rodzenia.

Jak wspominasz swoje początki w prowadzeniu szkoły rodzenia i bycia położną rodzinną?

Było to dla mnie nowe doświadczenie. Byłam typowym “zadaniowcem”, który miał zlecone konkretne zadania, czy zlecenia lekarskie do wykonania. A tu nagle trzeba było zacząć samemu podejmować decyzje i brać za nie osobiście odpowiedzialność. Nie ukrywam, że troszkę się tego bałam, gdyż w szpitalu zawsze ma się jakąś koleżankę obok, której można się zapytać o zdanie, a tu już nie. Pierwszy miesiąc na patronaże poporodowe jeździłam ze starszą koleżanką, która przekazała mi cenne wskazówki. W końcu z pracy z samymi noworodkami przechodziłam na pracę również z mamą. Nie spodziewałam się, że tak szybko w to wejdę… Doświadczenie w pracy na intensywnych noworodkach bardzo mi pomogło. Nie raz wykryłam pewne nieprawidłowości, które rzuciły się w moje czujne noworodkowe oko, dzięki czemu nie jeden maluch w odpowiednim czasie znalazł się pod opieką lekarską w szpitalu.

Prowadzenie zajęć grupowych dla przyszłych rodziców sprawiało mi ogromną przyjemność! Czułam, że lubię to, że mogę się spełniać nie tylko w szpitalu. Z moimi kursantami starałam się nawiązywać przyjacielskie więzi, żeby nie bali się zadawać mi pytań, czy prosić o pomoc w trudnych dla siebie sytuacjach. Przez cykl kilkunastu spotkań starałam się przekazać jak największą ilość wiadomości, aby przejście przez trudy ciąży, porodu, połogu i laktacji nie były aż takie uciążliwe. Przyszłe mamy bardzo często pojawiały się na zajęciach ze swoimi partnerami, co bardzo mnie cieszyło, gdyż będąc razem przyswajali jeszcze więcej informacji, a gdy mamy czegoś zapomniały, partnerzy bardzo dobrze pamiętali pewne aspekty. Nie ukrywam, że duża ilość osób towarzyszących bardzo mnie cieszyła. Bo czułam, że panowie się na tych zajęciach nie nudzą, a wręcz bardzo aktywnie w nich uczestniczyli. Swoją znajomość z przyszłymi mamami pielęgnowałam na dodatkowych warsztatach czy wizytach KTG. Dzięki temu po porodzie przyszła mama znała mnie bardzo dobrze i myślę, że to procentowało w wizytach poporodowych, gdyż wiedziała kto do niej przyjdzie, nie bała się, wiedziała że może liczyć na pomoc. Nie ukrywam, że często odbierałam telefon, bądź smsy w środku nocy, gdy sytuacja tego wymagała. Zawsze starałam się być dla swoich pacjentek taka, jak ja chciałabym, żeby położna była dla mnie.

Praca w szkole rodzenia otworzyła mi wiele furtek. Zrobiłam wiele kursów dodatkowych, laktacyjnych, z leczenia ran, resuscytacji dorosłego, resuscytacji noworodka i wiele innych. Zaczęłam bardzo mocno angażować się w konferencje dla położnych i dla rodziców. W końcu nagrałam swój własny kurs szkoły rodzenia online! To był dla mnie szczyt marzeń, o którym nawet nigdy bym nie pomyślała. Nie wiedziałam, że moja kariera tak pogalopuje, ale to wszystko zasługa moich pacjentów, pacjentek! To one dwa lata z rzędu nominowały mnie do plebiscytu “Położna na medal”, w których dwa razy wygrałam pierwsze miejsce w Wielkopolsce. Dla mnie głos moich pacjentów jest dla mnie najważniejszy! Dzięki temu czuję, że to co robię ma sens i cieszę się, że pomogłam tak wielu rodzicom i że obdarowali mnie takim zaufaniem.

Potem powróciłaś do szpitala. Praca na oddziale intensywnej terapii, zwłaszcza noworodków, nie jest łatwa i nie zawsze przyjemna. Czujesz się spełniona w tym, co robisz? 

Po 2 latach pracy w szkole rodzenia i jako położna rodzinna powróciłam do pracy w szpitalu. Z jednej strony chciałam wrócić do szpitala, z drugiej nie chciałam zostawiać “środowiska”, jednak pewne aspekty osobiste trochę zmusiły mnie do zmiany. Oczywiście nie żałuję bo kocham zarówno pracę w szpitalu jak i w terenie. Szczerze mówiąc ciężko byłoby mi się zdecydować na porzucenie na zawsze jednej z tych prac. Co do pracy na intensywnej terapii noworodka. Owszem nie jest ona łatwa. Trzeba nauczyć się nie tylko wielu manualnych rzeczy takich jak np. wkłucie wenflonu w żyłki cienkie jak włos, obsługi respiratora, kardiomonitorów czy pomp infuzyjnych. Znajomości nie tylko leków, ale także ich działań ubocznych lub skutków ich działania z innymi lekami. Pracy w stresie i w presji czasu. Mimo trudności i pewnych niedogodności czuję się w tej pracy bardzo spełniona. Jest to praca bardzo ciekawa, nie można się tu nudzić, ponieważ przypadki naszych pacjentów są bardzo różne. Człowiek uczy się tutaj cały czas, dzięki temu czuję, że to ma sens. Nie jestem osobą, która marzy o ciepłej posadce, gdzie nie trzeba za dużo robić, ruszać się i tylko czekać, aż wybije czas wyjścia do domu. Ja lubię jak coś się dzieje, trzeba działać i dać z siebie 100%! Albo się przychodzi na ten oddział i rezygnuje  po 2-3 miesiącach bo stwierdza się, że jest tu za ciężko, albo zostaje się tutaj na całe życie...


Co jest najtrudniejsze w Twojej pracy?

Myślę, że w mojej pracy nie jest najtrudniejsze samo wykonywanie zadań, bo wszystkiego się można nauczyć. Najtrudniejsze jest to, że jednego dnia cieszymy się, że uratowaliśmy jakiegoś pacjenta, a na następnym dyżurze muszę go ochrzcić, bo np. jego stan tak bardzo się pogorszył, że jestem ostatnią osobą, która go pożegna… Rodzic nie zawsze zdąży dojechać, gdy dzieje się coś złego, a jeśli zdąży to staram się jak tylko mogę, aby przygotować go na ostatnie pożegnanie. To ja muszę nie raz walczyć sama ze sobą, aby nie uronić łzy, gdy matka żegna się ze swoim maleństwem w ramionach. To ja ostatni raz odbijam ślady stópek i dłoni na kartce, bądź w gipsie. To ja ubieram maluszka na ostatnie pożegnanie i to ja schodzę nie raz, nie dwa do kostnicy. To są chyba te najsmutniejsze i najtrudniejsze momenty. Każdy z nas jest tylko człowiekiem i mimo, iż czasem tego nie pokazujemy bo staramy się być profesjonalne, to w głębi serca bardzo przeżywamy stratę każdego dziecka. Drugą najtrudniejszą rzeczą w tej pracy jest to, że w święta zostawia się swoją rodzinę, na poczet swojej “szpitalnej rodziny”. Wiem, że taka praca i wybierając ten zawód musiałam się z tym liczyć. Mimo wszystko zawsze trochę ciężko zostawić swoich najbliższych w takie piękne dni.

Jakie masz sposoby na “odreagowanie”? To, że masz wiele talentów, np. śpiewanie to już wiemy   Co lubisz robić w wolnym czasie?

W pracy takiej jak moja trzeba jakoś odreagować, aby nie zwariować. Owszem jednym z takich sposobów jest śpiewanie. Od najmłodszych lat muzyka była moim drugim ja. Skończyłam szkołę muzyczną I stopnia w klasie gitary. Dzięki temu uwielbiam nie tylko śpiew, grę na instrumencie, ale również taniec. Choć to ostatnie ogranicza się teraz już tylko do tańca na parkiecie przy okazji rodzinnych spotkań.

https://www.facebook.com/ania.nowak.7509836/videos/10213613547693279/ - HOT 16 chalange w wykonaniu Ani.

Wbrew pozorom moja druga praca jest dla mnie również sposobem na odreagowanie. Kontakt z maluszkami, prowadzenie dla nich zajęć, a czasem również zajęć muzycznych sprawia mi ogromną frajdę. Gdy widzę te uśmiechnięte małe twarzyczki od razu poprawia mi się humor. Chyba dzięki temu, że to lubię pracuję w żłobku już ponad 8 lat :) i nie zamierzam skończyć. No i oczywiście to co najważniejsze, czas dla rodziny (choć mam go niezwykle mało) staram się wykorzystywać każdą chwilę. Gdy mam wolne staram się wyciszać telefon, aby móc poświęcić się tylko mojemu synkowi i mężowi.

Powróćmy do szkoły rodzenia :) Jak, z Twojej perspektywy, wyglądała praca nad stworzeniem internetowego Kursu Szkoły Rodzenia? Jakie było Twoje pierwsze obawy i co Cię pozytywnie zaskoczyło?

Szczerze mówiąc zanim się zdecydowałam, miałam ogromne obawy. Bałam się czy dam radę. Czy uda mi się napisać cały program szkoły rodzenia pracując w szpitalu, w systemie dyżurowym. Program wymagał ode mnie ogromnych pokładów czasu. Chciałam, aby wszystko było zrobione dokładnie, a jednak praca po 12h, w między czasie jeszcze żłobek - to były dla mnie na początku największe obawy. Kiedy zdecydowałam się już podjąć tego wyzwania, kolejną obawą było to, jak same kursantki zareagują na taką formę nauki i na sam materiał. Kiedy zaczynaliśmy, nie było epidemii koronawirusa, kształcenie przez internet nie było tak znane. Nie wiedziałam czy to się sprawdzi, czy będzie na to popyt. Jeśli już popyt będzie to co z zaakceptowaniem materiału przez kursantki? Czy będą zadowolone, czy program im się spodoba? Te pytania troszkę męczyły mnie nocami...ale….

W końcu zaczął się czas, który bardzo pozytywnie mnie zaskoczył! Moje “internetowe” pacjentki pisały mnóstwo pozytywnych opinii i komentarzy na temat kursu. Nie tylko pod naszą stroną na facebooku, ale również w komentarzach prywatnych do mnie. Nie ukrywam, że to była dla mnie największa nagroda! Poczułam, że chyba zrobiłam to dobrze i przyszła mama czuje się bardziej przygotowana do czasu, który jest przed nią :) Potem zaczęły się webinary na żywo, które stresowały mnie przeogromnie! W końcu wszystko dzieje się tu i teraz! Nie ma mowy o pomyłkach! Jednak z każdym kolejnym spotkaniem na żywo czułam, że lubię to robić, a możliwość odpowiadania na żywo na pytania pacjentek, jest ciekawym życiowym doświadczeniem.

Jakie dalsze plany na przyszłość?

Dalsze plany na przyszłość… hmmm… wszystko zależy, co w moim życiu zadzieje się dalej :) a dzieje się dużo… Kilkanaście dni temu dowiedziałam się, że ponownie zostanę mamą (trzymajcie mocno kciuki!). Jeśli wszystko będzie dobrze, to po dłuższym wolnym zamierzam założyć swoją działalność i prywatną praktykę położnej. W międzyczasie może praca w szpitalu, prawdopodobnie jeszcze żłobek…. Jak się to ułoży, tego nie wiem, ale wiem, że na pewno dalej chcę służyć pomocą przyszłym rodzicom. W międzyczasie może jeszcze jakiś kurs…? :)